Wpisy

umowa_o_prace

Umowa o dzieło czy umowa o pracę. Czy filmowcy na pewno chcą mieć umowę o pracę?

Wolne zawody są boskie i wspaniałe. Głównie kojarzą się z możliwością decydowania o tym, kiedy się pracuje. Poważnie. Ludzie uważają, że wolny zawód to fantastyczna praca, ponieważ nie zrywasz się o szóstej i nie „podbijasz karty” w fabryce. Owszem nie. Ale jak zwykle:
„wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

Wolny zawód to absolutna dyscyplina. Jest mnóstwo książek, blogów i poradników ze wskazówkami, jak nie zmarnować dnia będąc freelancerem czy mając inny wolny zawód. Z punktu widzenia adwokata-doradcy filmowca, nie bardzo mnie ciekawi, jak radzą sobie z organizacją dnia pracy. Tym niech zajmą się inne dziedziny (choć niemniej ciekawe). Adwokata takiego jak ja interesuje, jak przekonać ludzi sztuki, aby mając wolne zawody zadbali o własne interesy, w ramach obowiązującego prawa. A da się.

Umowa. To temat, który jak da się łatwo zauważyć, przeważa na blogu autorsky.pl. Umowa to fundament budynku oraz jego ściany nośne. Wyznacza nam poziomy, piony, odległości do odpowiednich miejsc, tak aby było wygodnie i bezpiecznie.

Do dyspozycji są różne umowy. Najczęściej twórcy mają do czynienia z umową o dzieło.

Liczy się rezultat

Nieważne, jak dobrze filmowiec wykonuje swoje zadania, jak bardzo wypełnia wszelkie zasady zawodowe i jak dużo czasu spędza na planie. Liczy się efekt jego pracy. Tak w skrócie można określić sens umowy o dzieło. Dlatego umowa o dzieło nazywana jest umową rezultatu. Twórca odpowiada za efekt swojej pracy. Z tego będzie rozliczony przez zamawiającego. W umowie będzie wiec zapis:

§ 1
Przedmiotem umowy jest wykonanie zdjęć do utworu tj. filmu fabularnego pt. „Jutro będzie dobrze”, w wersji ostatecznej trwającego 1’ 20”, w całości w języku polskim.

I to jest istota umowy o dzieło. Przy klasycznej, podstawowej i nie negocjowanej indywidualnie umowie, w zasadzie mogłaby mieć kilka punktów. Przedmiot (czyli jaki film), podmiot (kto zawiera umowę), wynagrodzenie, sposób płatności oraz termin wykonania. Te kilka punktów wystarczy, aby mieć ważną umowę. Reszta to już didaskalia. To, kiedy dokładnie ma być zorganizowany plan, jak będzie wyglądał transport na plan i czy w ogóle, kwestie ubezpieczenia itd. Tego wcale nie musi być. W umowie także nie muszą znaleźć się zapisy dotyczące odpowiedzialności za dzieło. Nie oznacza to, że twórca nie ponosi za nic odpowiedzialności. Przy umowie o dzieło, prawie tak samo jak w sklepie z butami, obowiązuje rękojmia. A zatem zamawiający producent, który umówił się na zrobienie zdjęć do filmu, może chcieć obniżenia wynagrodzenia czy nawet odstąpić od umowy. Oczywiście zawsze musi wykazać, wyjaśnić, a przed sądem udowodnić, że miał ku takiemu zachowaniu podstawy. Należy jednak pamiętać, że odstąpienie przez producenta od umowy z filmowcem, jeśli ten wykona zdjęcia „źle” (co to znaczy źle, jest oczywiście ocenne i zwykle będzie chodzić o błędy w sztuce), jest absolutnie możliwe. (Kwestii udowadniania swoich racji, procesów sądowych i tego, kto co musi kiedy wykazać przed sądem, poświęcę osobny artykuł.

Jak widać jednak, w umowie o dzieło, twórca odpowiada za rezultat i przyjęło się, że nieważne, ile czasu spędza się na planach. To temat rzeka i stanowi on coraz częstszy temat dyskusji środowiska artystycznego.

Okowy pracownicze

Twórcy odwołują się często do zapisów z kodeksu pracy, pytając, dlaczego ich to nie obowiązuje i dlaczego nieludzkie godziny pracy są w ogóle możliwe. Słychać też czasem argument, że to łamanie praw pracowniczych.

Pracowniczych może tak, jednak trzeba pamiętać, że tu nie ma pracowników. Umowa o dzieło to umowa wolnych ludzi. Nikt nie może narzucić twórcy, artyście, autorowi jak należy robić zdjęcia, pisać itd. Owszem, można nakreślić pewne ramy działania, ale nie można wydawać poleceń. To typowe dla umowy o pracę. W przypadku umowy o pracę, to jakiś dyrektor/kierownik/naczelnik/manager wydają polecenia. Praca twórców absolutnie nie nadaje się na umowę o pracę.

Nie śmiem wypowiadać się w imieniu środowisk twórczych, jednak nie znam żadnego jak dotąd twórcy, który dobrze czułby się mając szefa wydającego polecenia, kiedy i gdzie postawić kamerę, ile ujęć, jakie sceny itd.

Czy w takim razie pozostaje tylko opcja „albo-albo”? Albo filmowcy mają dogodne warunki pracy, z ubezpieczeniem, prawem do urlopu, prawem do zasiłków macierzyńskich, godzin pracy, płatnych nadgodzin itd., albo mają wolny zawód i w zamian za tę wolność – muszą pracować po dwadzieścia godzin, bez płatnych nadgodzin i ubezpieczenia?

Moja rada jest prosta, ale wymaga niestety często negocjacji z producentem.

Umowa o wykonanie zdjęć

Tak jak już pisałam w tekście „Ubezpieczenie filmowca”, umowa o wykonanie zdjęć nie musi być jednolitą umową tylko o dzieło lub tylko umową zlecenia czy tylko umową o pracę (te występują rzadko). Można swoją umowę uszyć na miarę. Im więcej zapisów ponad szkielet, który wynika z kodeksowych zapisów, tym ubranie lepsze. Wiadomo już, że podstawa to przedmiot, podmiot, termin i wynagrodzenie. Jednak w umowie można zawrzeć zapisy o czasie pracy. I tak przykładowo:

§ 5
1. Zamawiający/producent zobowiązuje się do zapewnienia autorowi zdjęć, co najmniej 7 godzinnej przerwy między zakończeniem dnia zdjęciowego, a rozpoczęciem kolejnego dnia zdjęciowego.
lub
1. Dzień zdjęciowy nie może być dłuższy niż 10 godzin zegarowych. W przypadku ich przekroczenia autorowi zdjęć wypłacane jest wynagrodzenie dodatkowe w kwocie XXX zł za każdą rozpoczętą kolejną godzinę.

Tak samo elastyczne mogą być postanowienia dotyczące wynagrodzenia. Przykładowo:

§ 6
Wynagrodzenie dla autora zdjęć płatne będzie w czterech ranszach, w odstępach co dwa tygodnie. Brak zapłaty, którejkolwiek z transz, uprawnia autora zdjęć, do zaprzestania wykonywania zdjęć do czasu wypłaty zaległej transzy.

Ktoś powie, że nikt takiej umowy nie podpisze. Owszem, podpisze. Świadomość powagi umowy rośnie, zwłaszcza w środowiskach artystycznych i to po obu stronach, zarówno twórców, jak i producentów. Negocjacje umów to nie podważanie czyjegoś autorytetu, brak zaufania czy prawo przynależne tylko wybitnym autorom z nagłówków. Owszem, im jest łatwiej. Jednak negocjowanie umowy powoduje ulepszenie relacji po obu stronach. Od razu wiadomo, kto czego chce.

Reasumując. W umowie o dzieło czy zlecenia mogą znajdować się zapisy charakterystyczne dla umowy o pracę. Nie ma potrzeby zatem usidlania twórców w schemat pracownika, chyba że ktoś ma taką potrzebę.

umowa_ubezpieczenia

Ubezpieczenie filmowca. OC czy NNW – czy jest ci potrzebne na planie?

Umowa to porozumienie konkretnych osób z ekipy filmowej z producentem, czasem też z koproducentem. O umowie wiele pisałam w tekście „Umowa rzecz święta” (http://www.autorsky.pl/blog/umowa-rzecz-swieta-tworco-zadbaj-o-siebie/). Umowa to nasz paszport do bezpiecznego przejazdu przez kraj, do którego się wybieramy o nazwie „film”. Niestety często ten wyjazd przypomina bardziej totalnie spontaniczny wypad z opcją „jakoś to będzie” niż przemyślaną wyprawę z planem A. B i C. Kto co lubi. Ja proponuję Wam wariant drugi. Opcja bezpieczna.

„przezorny zawsze ubezpieczony”

Nieważne, w którym miejscu, zwykle po postanowieniach o przeniesieniu majątkowych praw autorskich i upoważnieniu do korzystania z autorskich praw osobistych, jednak sugeruję moim klientom umieszczenie w umowach postanowień o ubezpieczeniu.

OC CZY NNW – CZY JEST CI POTRZEBNE

To zabawa prawników. Język. W umowie o dzieło, jak już pisałam w tekście ….. mogą znaleźć się zapisy z innych umów. Nie musimy tworzyć pięciu umów odrębnych (np. umowy o pracę, umowy zlecenia, umowy najmu, umowy o przeniesienie praw autorskich i umowy ubezpieczenia). Możemy jest wszystkie pomieszać i korzystne dla mojego Klienta zapisy umieścić w jednej umowie o świadczenie usług.

A zatem, czym jest w praktyce umowa ubezpieczenia lub inaczej postanowienie o ubezpieczeniu w umowie.

Są dwa rodzaje, często niezrozumiałe i mylone. Mamy umowę OC – ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej (umowa, którą producent odpowiedzialny za bezpieczeństwo na planie filmowym zawiera z towarzystwem ubezpieczeniowym i ubezpiecza się od wypadków, które mogą powstać na planie z jego winy) oraz umowę NNW – gdzie producent zapewnia ubezpieczenie dla filmowca (członka ekipy filmowej), jednak to jest najczęściej umowa między filmowcem, a towarzystwem ubezpieczeniowym, z tym, że to producent płaci składkę i decyduje o sumie ubezpieczenia (zwykle nie są wysokie w stosunku do szkody i krzywdy, która może powstać).

OC korzystniejsze dla wszystkich

Oczywiście ubezpieczenie OC jest korzystniejsze. To podobna sytuacja jak z wypadkiem samochodowym. Ubezpieczenie OC ma zawsze relatywnie wysoką sumę gwarancyjną, która daje możliwość pokrycia całej szkody i wynagrodzenie krzywdy (np. bólu, cierpienia psychicznego związanego z utratą możliwości pracy na jakiś czas lub na stałe). Nie rozumiem cały czas, dlaczego producenci nie korzystają z tej formy zabezpieczenia siebie samych. W chwili, gdy zdarza się wypadek na planie, który ma poważne konsekwencje zdrowotne, producent nie musi martwić się, skąd weźmie środki na pokrycie kilkudziesięciu lub kilkusettysięcznego odszkodowania (a i z takim należy się liczyć). W przypadku braku ubezpieczenia to producent jest odpowiedzialny za zapłacenie poszkodowanemu odpowiednich kwot. A nie każdy producent to holding operujący gigantycznym kapitałem, a film, nad którym pracuje filmowiec to nie kolejny Titanic. Często przy małych produkcjach, producenci to niewielkie spółki.

„nigdy nie mów nigdy”

I nie można twierdzić, jak niektórzy, że jeśli producent to Spółka z o.o. to odpowiedzialność spoczywa tylko na spółce, a gdy okazuje się, że w spółce nie ma wystarczających środków na pokrycie szkody to już nie ma problemu. Otóż nie. Problem pozostaje i zostaje z nim zarząd spółki (np. prezes), który generalnie odpowiada całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki, jeśli okaże się, że spółka jest niewypłacalna.

Na bezrybiu i rak ryba – czyli NNW to minimum

NNW nigdy nie będzie tak korzystne dla kogokolwiek, jak OC, jednak warto mieć cokolwiek. Ubezpieczenie NNW zwykle zawiera tabelę – magiczną tabelę wypadków, a przede wszystkim skutków wypadków, za jakie zapłaci ubezpieczyciel. Zwykle niestety nie są one liczne, ale za najpoważniejsze poszkodowany otrzyma odszkodowanie czy nawet zadośćuczynienie. Przy czym przy ubezpieczeniu NNW, zawsze ważne jest określić sumę gwarancyjną, do jakiej odpowiada ubezpieczyciel. Jeśli jest to kwota np. 20 000 zł, wówczas, nawet gdy nasza szkoda (poważne złamanie nogi) będzie maksymalnym uszczerbkiem w tabeli, nie otrzymamy więcej jak procent, który jest tam zapisany. Czyli jeśli z tabeli wynika, że ubezpieczyciel za załamanie nogi zapłaci od 7% – 12% i wskazuje, ile będzie płacił za 1% (przykładowo 400 zł), łatwo policzyć, jak wysokie poszkodowany otrzyma kwoty. Średnio licząc ok. 4000 zł. Na co wystarczy ta suma? Każdy niech sam odpowie.

Reasumując. Ubezpieczenie nie jest nam do niczego potrzebne, dopóki coś się nie stanie. To oczywiście truizm, jednak w umowach producenckich z filmowcami, umowa to tabu, które należałoby zacząć eliminować, dla dobra wszystkich.

Negocjujmy istnienie OC. A jeśli to niemożliwe, upierajmy się przy NNW, przy czym wówczas bardzo dokładnie sprawdzajmy jakie są warunki w tabelach, za co ubezpieczyciel zapłaci i policzmy, ile. Samo bajkowe sformułowanie, że mamy NNW może być bardzo mylące.

„umiesz liczyć, licz na siebie”

A jeśli już naprawdę nie ma innej możliwości, zawsze możesz mieć swoje własne ubezpieczenie NNW. Nie będzie rewelacyjne, ponieważ po pierwsze filmowiec zapłaci za nie sam, a po drugie będzie miało również ograniczoną sumę gwarancyjną i tabelę, wg której wypłacane będzie odszkodowanie, jednak przynajmniej da gwarancję, że cokolwiek poważnego się wydarzy, poszkodowany członek ekipy uzyska cokolwiek.