Godność czy nie godność – czy to w ogóle jest pytanie?

Sprawa skandalicznych wypowiedzi i fali przemocy w łódzkiej PSTFTviT otworzyła istną puszkę Pandory. Zewsząd w ostatnim czasie dochodzą głosy o niezliczonych wręcz przykładach lekceważącego i naruszającego godność zachowania wykładowców w szkołach filmowych, fali stosowanej przez starsze roczniki wobec młodszych, niczym znana powszechnie fala w wojsku.

Zachowania te utrzymujące się, jak się okazuje od lat, są tolerowane pod pozorem wyrabiania w aktorach i twórcach odporności, jaka jest niezbędna w tym zawodzie artystycznym. Chce się aż powiedzieć, że kiedyś takie argumenty były używane wobec procederu bicia dzieci czy zakazywania chłopcom płaczu. Jaki miało to skutek w sferze psychicznej, dzisiaj już chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Z mojego punktu widzenia jako adwokata, sprawa jest dość prosta, a z punktu widzenia praktyka sądowego, jeszcze prostsza. Jednak ze strony czysto ludzkiej wydaje się być, niezwykle skomplikowana i bolesna.

W przepisach prawa chronione są tzw. dobra osobiste. Godność ludzka czy dobre imię to właśnie nasze dobra osobiste. Dobra, których nie można się zrzec. Jak sama nazwa wskazuje, są związane z osobą, czyli z człowiekiem. Godność to cecha przyrodzona. Zresztą nie tylko człowiekowi. Naruszenie godności natomiast to studnia bez dna. Orzecznictwo sądowe odnotowuję ogromne ilości przykładów naruszeń godności czy dobrego imienia.

Prawo po stronie ofiary

To może banalne, ale prawo mamy po to, aby się nim posługiwać w celu ochrony. W tym konkretnym przypadku dobra osobiste człowieka są absolutnie i niezaprzeczalnie fundamentalnymi prawami, w przypadku których naruszenia, mamy prawo domagać się przeproszenia, zaniechania (zaprzestania) zachowania naruszającego nasze dobra osobiste, ale także zapłaty odpowiedniej sumy pieniężnej w celu odszkodowania czy zadośćuczynienia.

Kodeks cywilny w art. 23 i 24 wskazuje jakie dobra osobiste są chronione. Jednak – jak mówią prawnicy – nie jest to katalog zamknięty. To przykładowe wyliczenie to: „zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza
i racjonalizatorska”.

Dobra osobiste można określić jako wartości wynikające ze społecznych ocen. O tym czy istnieją, czy nie rozstrzyga osąd opinii społecznej. Aby ustalić, czy doszło do naruszenia dobra osobistego znaczenie mają oceny społeczne i analiza z punktu widzenia rozsądnego człowieka. To ważne, aby ocena, czy doszło do naruszenia dobra osobistego nie była dokonywana według indywidualnej wrażliwości zainteresowanego, lecz obiektywnej reakcji społecznej (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z 25 sierpnia 2020 r., sygn. akt: I ACa 185/19).

Student nie jest wyjęty spod prawa

Godność osobista nie jest wymieniona w przepisie, jednak nie podlega żadnej dyskusji, że podlega ochronie. Nie ulega także wątpliwości, że wulgarne i lekceważące określenia kierowane wobec studenta czy uczestnika pracy na planie filmowym, będą w odbiorze obiektywnej reakcji społecznej potraktowane jako naruszenie dóbr osobistych. W szczególności, jeśli zachowanie takie pochodzi od pedagoga w ramach nauczania, ale także poza nauczaniem. W przypadku szkoły czy planu filmowego, nie bez znaczenia będzie to, że mamy do czynienia niewątpliwie ze stosunkiem podległości. Może nie takiej jak pracodawca-pracownik, ale podległości. Jak bowiem inaczej określić relację student-pedagog czy reżyser-operator albo reżyser-aktor?

Adekwatne przeprosiny

Czego można się domagać? Przede wszystkim przeproszenia i to w adekwatny do naruszenia sposób, choćby na forum, na którym doszło do poniżającego traktowania. Można domagać się także zaniechania naruszenia, co – jest oczywistym – w relacjach szkolnych oraz zawodowych – może być niezwykle trudne z powodu obawy przed ostracyzmem czy utratą pracy.

Zapłacenie za krzywdę

Można też domagać się zadośćuczynienia, czyli kwoty pieniężnej za doznaną krzywdę. Oczywiście nie jest to wymierne i od uznania sądu będzie zależeć, w jakiej wysokości kwota będzie odpowiednią, która pokryje krzywdę. Brzmi to być może nawet cynicznie, że za krzywdę żąda się pieniędzy. Oczywiście, jak w przypadku śmierci bliskiej osoby, pozbawienia kogoś zdrowia czy właśnie naruszenia godności, najchętniej ofiara czy osoba poszkodowana chciałaby cofnąć czas. Skoro to jednak niemożliwe, wymyślono zadośćuczynienie. I nie ma nic złego w żądaniu od kogoś, kto narusza czyjąś godność, aby po prostu za to zapłacił. Wysokość zadośćuczynienia będzie zależała od stopnia krzywdy, od skutków jakie wywołała, od tego, jaką określone zachowanie sprawcy wywołuje reakcję innych osób. Sąd będzie brał tez pod uwagę motywację sprawcy (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 3 czerwca 2020 r., sygn. akt: I ACa 26/20).

Jeśli jednak uzyskanie kwoty pieniężnej jako zadośćuczynienia wydaje się nam nie w porządku, można zażądać, aby sąd zasądził od osoby naruszającej godność czy dobre imię albo dobrostan psychiczny, odpowiednią kwotę na wskazany cel społeczny.

Reasumując – ofiara przemocy, ofiara naruszenia dóbr osobistych będzie musiała zostać przeproszona adekwatnie do naruszenia, czyli np. nauczyciel, który publicznie upokorzył studentkę/studenta w jakimś gronie, będzie musiał przed tym samym gremium te osobę przeprosić. Należy pamiętać, aby w treści pozwu wpisać dokładny tekst przeprosin. Nie można żądać przeprosin nieadekwatnych, choć to sąd oceniać będzie, co jest adekwatne. Np. przy naruszeniu godności poprzez nazwanie studenta czy potraktowanie w sposób poniżający i lekceważący aktora czy operatora na planie rzadko spotka się z konsekwencją w postaci przeproszenia tej osoby za pomocą środków masowego komunikowania się, np. w TV czy na facebook’u. Chociaż z pewnością informacja, o takowym obowiązku przeproszenia szybko zostanie rozpowszechniona.

Wizyty u psychiatry

Istnieje także możliwość żądania od sprawcy odszkodowania, jeśli skutki jego zachowania wywołają szkodę u ofiary. Szkodę jednak należy w sądzie już wykazać. Udowodnić, że np. skutkiem poniżającego traktowania był rozstrój zdrowia, który pociągnął za sobą konieczność konsultacji psychologicznych czy wręcz farmakoterapii. Wszystkie wydatki na leczenie będą traktowane jako szkoda, którą sprawca będzie musiał zrekompensować. Potrzebne są zatem dowody.

Udowodnić naruszenie godności

Jeśli chodzi o tzw. przeprowadzenie dowodów w procesie o naruszenie dóbr osobistych, dla ofiary nie jest to wcale trudne. Musi ona wykazać tylko naruszenie i jego bezprawność, przy czym co do bezprawności w tym przypadku istnieje domniemanie bezprawności, czyli założenie, że z taką bezprawnością mamy do czynienia. W wielu sytuacjach jest to wręcz oczywiste. Bezprawność to nie tylko popełnienie przestępstwa czy wykroczenia, to także zachowanie sprzeczne z ogólnie przyjętymi regułami porządku publicznego czy społecznego. Zachowania przemocowe czy upokarzające wobec kogoś do nich oczywiście należą. W procesie sądowym mamy do czynienia z tzw. odwrócenie dowodu, czyli to nie powód udowadnia, że prawdą jest, iż sprawca naruszył jego godność. Przyjmuje się z góry, że naruszył. To sprawca musi udowodnić, że jego zachowanie nie było bezprawne lub że np. w ogóle nie miało miejsca bądź było uzasadnione tzw. interesem publicznym czy społecznym. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, aby nauczyciel akademicki był w stanie wykazać, iż wulgarne, obraźliwe zachowanie wobec studenta jest czymkolwiek uzasadnione.

A zatem z punktu widzenia procesowego, nie musi być to dla ofiary bolesny dowodowo proces.

Mediacja też skuteczna

Pamiętać należy także, że obecnie dość mocno rozpowszechniającą się techniką rozwiazywania sporów są mediacje. Cały proces, choć prowadzony zasadniczo przy drzwiach zamkniętych, może być mimo wszystko dotkliwy dla ofiary. Czasem wystarczy spotkanie się przed mediatorem i wypracowanie sposobu przeprosin i (takich samych, jakie orzekłby sąd) oraz uzyskania określonej kwoty pieniężnej. Sądy chętnie obecnie kierują sprawy do mediacji. A często samo spotkanie z mediatorem i wytoczenie sprawy jest ważne dla ofiary, a przy okazji odnosi skutek mrożący wobec sprawcy.

Adwokat jako tarcza

Zawsze przy tym, warto zwrócić się o pomoc prawną do adwokata. Po pierwsze w celu przygotowania odpowiednio samego procesu co w sprawie o naruszenie dóbr osobistych, gdzie naruszona jest sfera niezwykle wrażliwa dla człowieka, ale także pomocna może okazać się obecność pełnomocnika w sądzie. Sąd nie dla wszystkich jest miejscem, w którym czujemy się swobodnie, w szczególności, gdy jesteśmy ofiarą. Przy naruszeniu dób osobistych proces może powodować negatywne i nieprzyjemne odczucia, ponieważ będzie często „powtórzeniem” traumatycznej sytuacji. Dlatego obecność pełnomocnika jest swego rodzaju ochroną dodatkową przed stresem, który niewątpliwie wystąpi.

Podsumowując, chcę podkreślić, że poza oczywiście wszelkimi metodami obrony środowisk twórczych i nacisków z ich strony na zaprzestanie praktyk przemocowych, które to działania oczywiście są najlepsze, ponieważ wywołają prędzej czy później skutek powszechny, warto zadbać o siebie, sięgając po dostępne prawnie metody ochrony swoich dóbr osobistych.

brak zapłaty

Gdy za film ktoś nie płaci. Co zrobić, czy sprawa w sądzie, czy może inne formy?

Ile razy zdarza się, że mimo umowy, nie dostajecie wynagrodzenia. Miesiącami. W zależności od wysokości albo dobijcie się do producenta, albo odpuszczacie. Jeśli macie agenta, który jest sprawny i współpracuje z adwokatami lub innymi prawnikami, zwykle prędzej czy później w jakimś stopniu uda się uzyskać wynagrodzenie.

Co zrobić, gdy nie dostajesz wynagrodzenia

Niestety to przypadłość nierzadka. Branża filmowa czy w ogóle kreatywna czy artystyczna nie jest tu jakimś wyjątkiem. Za zdjęcia, za projekty, za każde dzieło ciężko czasem wyegzekwować zapłatę. Dlaczego? Bo cały czas trwa przekonanie, że ktoś, kto domaga się zapłaty, tnie gałąź, na której siedzi. I rzeczywiście, dopóki to będzie skala 1:200 przy przewadze 200 dla niepłacących, albo płacących z opóźnieniem, tak w istocie będzie. I jak zawsze liczy się forma. Nie jestem zwolennikiem odpuszczania, ale uważam, że warto dać komuś szansę, zwłaszcza, że obecnie istnieje w zasadzie obowiązek wyjaśnienia w pozwie (w sądzie), czy doszło do próby pogodzenia się.

Wezwanie

Można wysłać wezwanie. Forma to szczegół, ale ważny. Można spotkać pisma z wielkimi czerwonymi napisami – WEZWANIE PRZEDSĄDOWE DO ZAPŁATY. Im większe tym lepsze. Czasem to działa, ale ja wychodzę z założenia, że krowa, która dużo ryczy mało mleka daje. A poza tym, czy to rzeczywiście działa? Wątpię.

Wolę grzeczną informację do producenta i innych dłużników (bo nimi w tej sytuacji są), że są winni określoną kwotę, a wynika to z określonych czynności wykonanych na ich zamówienie. Owszem, może to nic nie dać, ale ważne jest, aby wysłać. Często bowiem, zwłaszcza przy braku faktur bądź precyzyjnej umowy nie wiadomo od jakiej daty liczyć tzw. „wymagalność”, czyli termin, od którego producent/zamawiający/inwestor itd. jest już dłużnikiem, jest w zwłoce. I od tego dnia należy także już liczyć odsetki za zwłokę (potocznie zwane jako odsetki karne). Odsetki obecnie nie są wysokie, bo to obecnie 5,6% w skali roku, jednak – powtarzam to klientom – nie ma chyba lepszej lokaty kapitału (w ramach przeciętnych lokat dostępnych). A zatem skoro już ktoś nie płaci, to przynajmniej wytoczmy sprawę, aby zaistniały jakieś konsekwencje braku lojalności.

Pozew

Z pozwem jest rożnie. Jeśli jest umowa, jeśli jest faktura, jeśli pomimo wykonanej pracy, emisji odcinków serialu, publikacji materiału, puszczania reklamy itd. nie ma zapłaty, a wezwanie pozostało bez odzewu, w zasadzie złożenie pozwu powinno być odruchem.

Ale nie jest. Jeszcze nie. Mam czasem poczucie, że jest rzesza, aby nie powiedzieć chmara osób, które procesują się o przysłowiowe 5 zł ze spółdzielniami mieszkaniowymi, ze wspólnotami mieszkaniowymi, z urzędami miasta itd., ale jest niewielu świadomych twórców, artystów, projektantów, którzy chcą wystąpić po swoje.
Napisanie pozwu nie jest problemem.

Wystarczy wskazać, ile domagamy się zapłaty, za jakie działania (za jakie dzieło), wskazanie, kiedy powinno być zapłacone i kto komu powinien płacić. Jeśli jest umowa, faktura czy inne dowody, należy je załączyć.

Pozew kierujemy zwykle do Sądu, który jest właściwy ze względu na miejsce zamieszkania lub siedzibę dłużnika. Jeśli domagamy się kwoty poniżej 75.000 zł, należy skierować pozew do Sądy Rejonowego. Jeśli żądamy więcej niż 75 000 zł w grę wchodzi Sąd Okręgowy, także właściwy dla miejsca zamieszkania lub siedziby np. producenta czy inwestora. Oczywiście to zasada, od której jest mnóstwo wyjątków, o których pewnie będzie czas powiedzieć.

Rozprawa czy nie

Nie zawsze złożenie pozwu wiąże się z rozprawą. Wielu to ucieszy. Mamy w polskim prawie nakaz zapłaty. Ma on wiele wad, ale ma jeden zasadniczy plus – jeśli jest prawidłowo doręczony dłużnikowi i ten nie sprzeciwi się lub nie złoży zarzutów w ciągu 14 dni – możemy egzekwować pieniądze. Jeśli natomiast dłużnik złoży sprzeciw/zarzuty, sprawa wkracza w drugi etap – etap rozprawy sądowej. I tutaj także niekoniecznie musi dojść do przesłuchiwania świadków, badania dokumentów itd. Jest bowiem mediacja, ostatnio chętnie stosowana przez sądy, przy której można jednak poza sądem, tylko przed mediatorem się porozumieć. Mediacja jest jednak płatna (ale nie kosztuje tyle ile przegrany zapłaci za całą sprawę – koszty opłaty sądowej od pozwu (zwykle to 5% wartości), koszty pełnomocnika (uwarunkowane od tabeli kosztów minimalnych wynikających z Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 r. w sprawie opłat za czynności adwokackie). Mediacja daje także jeszcze szansę na pozostanie w dobrych relacjach na przyszłość, co w świecie artystów i twórców jest częstym hamulcem, jeśli chodzi o próby „dochodzenia swoich praw”.

Mediacje kończą frutracje

Jeśli w trakcie mediacji twórca jest w stanie porozumieć się z producentem i ustalą, jak ma nastąpić spłata (termin i wysokość), wówczas zawierają ugodę, która jest przez mediatora przekazywana sądowi, sąd ją zatwierdza (jeśli jest prawidłowo sporządzona) i umarza postępowanie. W przypadku, gdyby producent/inwestor nie wypełniał warunków ugody, nie potrzebna jest już kolejna rozprawa ani pozew, ponieważ ugodę składa się wówczas do sądu wraz z wnioskiem o nadanie jej tzw. klauzuli wykonalności, a następnie po otrzymaniu już takiej klauzuli (osobne postanowienie, które sąd powinien wydać w ciągu 3 dni) składa się do Komornika wniosek o egzekucję.

Jak widać nie jest to skomplikowane. Wiele spraw za strony załatwia sąd albo profesjonalny mediator albo pełnomocnik, jeśli jest.

Sąd i wyrok

Może się zdarzyć, że przeciwnik na mediacje się nie zgodzi i sprawa musi być rozpatrzona na rozprawie. Zwykle nie trzeba nawet powoływać świadków. Wystarczą faktury, umowa i przesłuchanie zainteresowanych stron. Jeśli bowiem pozwany (producent) składa sprzeciw lub zarzuty – oznacza to, że coś może w pracy twórcy (operatora, reżysera, projektanta) mus się nie podobało, czego nie akceptuje i stąd uznał, że płacić nie będzie.
O tych okolicznościach musi napisać w sprzeciwie lub zarzutach.

Po zakończeniu sprawy (te mniej skomplikowane) kończą się nawet po 1 terminie w sądzie, sąd wydaje wyrok. Ogłasza go. Z wyroku wynika, że strona, która wygra otrzymuje określoną kwotę oraz musi zwrócić przeciwnikowi koszty (opłaty sądowej, jeśli to pozwany przegrał) i koszty zastępstwa adwokackiego (procesowego). Ostatecznie, nawet przy niedużych kwotach należności, kwota, którą należy zapłacić może być sporo większa od tej, którą można było zapłacić od razu.
Nie polecam.

Polecam natomiast dochodzenie swoich praw. Nieodpuszczanie dłużnikom. Gdy odpuszczasz, uczą się nie płacić kolejnym.

umowa_o_prace

Umowa o dzieło czy umowa o pracę. Czy filmowcy na pewno chcą mieć umowę o pracę?

Wolne zawody są boskie i wspaniałe. Głównie kojarzą się z możliwością decydowania o tym, kiedy się pracuje. Poważnie. Ludzie uważają, że wolny zawód to fantastyczna praca, ponieważ nie zrywasz się o szóstej i nie „podbijasz karty” w fabryce. Owszem nie. Ale jak zwykle:
„wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

Wolny zawód to absolutna dyscyplina. Jest mnóstwo książek, blogów i poradników ze wskazówkami, jak nie zmarnować dnia będąc freelancerem czy mając inny wolny zawód. Z punktu widzenia adwokata-doradcy filmowca, nie bardzo mnie ciekawi, jak radzą sobie z organizacją dnia pracy. Tym niech zajmą się inne dziedziny (choć niemniej ciekawe). Adwokata takiego jak ja interesuje, jak przekonać ludzi sztuki, aby mając wolne zawody zadbali o własne interesy, w ramach obowiązującego prawa. A da się.

Umowa. To temat, który jak da się łatwo zauważyć, przeważa na blogu autorsky.pl. Umowa to fundament budynku oraz jego ściany nośne. Wyznacza nam poziomy, piony, odległości do odpowiednich miejsc, tak aby było wygodnie i bezpiecznie.

Do dyspozycji są różne umowy. Najczęściej twórcy mają do czynienia z umową o dzieło.

Liczy się rezultat

Nieważne, jak dobrze filmowiec wykonuje swoje zadania, jak bardzo wypełnia wszelkie zasady zawodowe i jak dużo czasu spędza na planie. Liczy się efekt jego pracy. Tak w skrócie można określić sens umowy o dzieło. Dlatego umowa o dzieło nazywana jest umową rezultatu. Twórca odpowiada za efekt swojej pracy. Z tego będzie rozliczony przez zamawiającego. W umowie będzie wiec zapis:

§ 1
Przedmiotem umowy jest wykonanie zdjęć do utworu tj. filmu fabularnego pt. „Jutro będzie dobrze”, w wersji ostatecznej trwającego 1’ 20”, w całości w języku polskim.

I to jest istota umowy o dzieło. Przy klasycznej, podstawowej i nie negocjowanej indywidualnie umowie, w zasadzie mogłaby mieć kilka punktów. Przedmiot (czyli jaki film), podmiot (kto zawiera umowę), wynagrodzenie, sposób płatności oraz termin wykonania. Te kilka punktów wystarczy, aby mieć ważną umowę. Reszta to już didaskalia. To, kiedy dokładnie ma być zorganizowany plan, jak będzie wyglądał transport na plan i czy w ogóle, kwestie ubezpieczenia itd. Tego wcale nie musi być. W umowie także nie muszą znaleźć się zapisy dotyczące odpowiedzialności za dzieło. Nie oznacza to, że twórca nie ponosi za nic odpowiedzialności. Przy umowie o dzieło, prawie tak samo jak w sklepie z butami, obowiązuje rękojmia. A zatem zamawiający producent, który umówił się na zrobienie zdjęć do filmu, może chcieć obniżenia wynagrodzenia czy nawet odstąpić od umowy. Oczywiście zawsze musi wykazać, wyjaśnić, a przed sądem udowodnić, że miał ku takiemu zachowaniu podstawy. Należy jednak pamiętać, że odstąpienie przez producenta od umowy z filmowcem, jeśli ten wykona zdjęcia „źle” (co to znaczy źle, jest oczywiście ocenne i zwykle będzie chodzić o błędy w sztuce), jest absolutnie możliwe. (Kwestii udowadniania swoich racji, procesów sądowych i tego, kto co musi kiedy wykazać przed sądem, poświęcę osobny artykuł.

Jak widać jednak, w umowie o dzieło, twórca odpowiada za rezultat i przyjęło się, że nieważne, ile czasu spędza się na planach. To temat rzeka i stanowi on coraz częstszy temat dyskusji środowiska artystycznego.

Okowy pracownicze

Twórcy odwołują się często do zapisów z kodeksu pracy, pytając, dlaczego ich to nie obowiązuje i dlaczego nieludzkie godziny pracy są w ogóle możliwe. Słychać też czasem argument, że to łamanie praw pracowniczych.

Pracowniczych może tak, jednak trzeba pamiętać, że tu nie ma pracowników. Umowa o dzieło to umowa wolnych ludzi. Nikt nie może narzucić twórcy, artyście, autorowi jak należy robić zdjęcia, pisać itd. Owszem, można nakreślić pewne ramy działania, ale nie można wydawać poleceń. To typowe dla umowy o pracę. W przypadku umowy o pracę, to jakiś dyrektor/kierownik/naczelnik/manager wydają polecenia. Praca twórców absolutnie nie nadaje się na umowę o pracę.

Nie śmiem wypowiadać się w imieniu środowisk twórczych, jednak nie znam żadnego jak dotąd twórcy, który dobrze czułby się mając szefa wydającego polecenia, kiedy i gdzie postawić kamerę, ile ujęć, jakie sceny itd.

Czy w takim razie pozostaje tylko opcja „albo-albo”? Albo filmowcy mają dogodne warunki pracy, z ubezpieczeniem, prawem do urlopu, prawem do zasiłków macierzyńskich, godzin pracy, płatnych nadgodzin itd., albo mają wolny zawód i w zamian za tę wolność – muszą pracować po dwadzieścia godzin, bez płatnych nadgodzin i ubezpieczenia?

Moja rada jest prosta, ale wymaga niestety często negocjacji z producentem.

Umowa o wykonanie zdjęć

Tak jak już pisałam w tekście „Ubezpieczenie filmowca”, umowa o wykonanie zdjęć nie musi być jednolitą umową tylko o dzieło lub tylko umową zlecenia czy tylko umową o pracę (te występują rzadko). Można swoją umowę uszyć na miarę. Im więcej zapisów ponad szkielet, który wynika z kodeksowych zapisów, tym ubranie lepsze. Wiadomo już, że podstawa to przedmiot, podmiot, termin i wynagrodzenie. Jednak w umowie można zawrzeć zapisy o czasie pracy. I tak przykładowo:

§ 5
1. Zamawiający/producent zobowiązuje się do zapewnienia autorowi zdjęć, co najmniej 7 godzinnej przerwy między zakończeniem dnia zdjęciowego, a rozpoczęciem kolejnego dnia zdjęciowego.
lub
1. Dzień zdjęciowy nie może być dłuższy niż 10 godzin zegarowych. W przypadku ich przekroczenia autorowi zdjęć wypłacane jest wynagrodzenie dodatkowe w kwocie XXX zł za każdą rozpoczętą kolejną godzinę.

Tak samo elastyczne mogą być postanowienia dotyczące wynagrodzenia. Przykładowo:

§ 6
Wynagrodzenie dla autora zdjęć płatne będzie w czterech ranszach, w odstępach co dwa tygodnie. Brak zapłaty, którejkolwiek z transz, uprawnia autora zdjęć, do zaprzestania wykonywania zdjęć do czasu wypłaty zaległej transzy.

Ktoś powie, że nikt takiej umowy nie podpisze. Owszem, podpisze. Świadomość powagi umowy rośnie, zwłaszcza w środowiskach artystycznych i to po obu stronach, zarówno twórców, jak i producentów. Negocjacje umów to nie podważanie czyjegoś autorytetu, brak zaufania czy prawo przynależne tylko wybitnym autorom z nagłówków. Owszem, im jest łatwiej. Jednak negocjowanie umowy powoduje ulepszenie relacji po obu stronach. Od razu wiadomo, kto czego chce.

Reasumując. W umowie o dzieło czy zlecenia mogą znajdować się zapisy charakterystyczne dla umowy o pracę. Nie ma potrzeby zatem usidlania twórców w schemat pracownika, chyba że ktoś ma taką potrzebę.

umowa_ubezpieczenia

Ubezpieczenie filmowca. OC czy NNW – czy jest ci potrzebne na planie?

Umowa to porozumienie konkretnych osób z ekipy filmowej z producentem, czasem też z koproducentem. O umowie wiele pisałam w tekście „Umowa rzecz święta” (http://www.autorsky.pl/blog/umowa-rzecz-swieta-tworco-zadbaj-o-siebie/). Umowa to nasz paszport do bezpiecznego przejazdu przez kraj, do którego się wybieramy o nazwie „film”. Niestety często ten wyjazd przypomina bardziej totalnie spontaniczny wypad z opcją „jakoś to będzie” niż przemyślaną wyprawę z planem A. B i C. Kto co lubi. Ja proponuję Wam wariant drugi. Opcja bezpieczna.

„przezorny zawsze ubezpieczony”

Nieważne, w którym miejscu, zwykle po postanowieniach o przeniesieniu majątkowych praw autorskich i upoważnieniu do korzystania z autorskich praw osobistych, jednak sugeruję moim klientom umieszczenie w umowach postanowień o ubezpieczeniu.

OC CZY NNW – CZY JEST CI POTRZEBNE

To zabawa prawników. Język. W umowie o dzieło, jak już pisałam w tekście ….. mogą znaleźć się zapisy z innych umów. Nie musimy tworzyć pięciu umów odrębnych (np. umowy o pracę, umowy zlecenia, umowy najmu, umowy o przeniesienie praw autorskich i umowy ubezpieczenia). Możemy jest wszystkie pomieszać i korzystne dla mojego Klienta zapisy umieścić w jednej umowie o świadczenie usług.

A zatem, czym jest w praktyce umowa ubezpieczenia lub inaczej postanowienie o ubezpieczeniu w umowie.

Są dwa rodzaje, często niezrozumiałe i mylone. Mamy umowę OC – ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej (umowa, którą producent odpowiedzialny za bezpieczeństwo na planie filmowym zawiera z towarzystwem ubezpieczeniowym i ubezpiecza się od wypadków, które mogą powstać na planie z jego winy) oraz umowę NNW – gdzie producent zapewnia ubezpieczenie dla filmowca (członka ekipy filmowej), jednak to jest najczęściej umowa między filmowcem, a towarzystwem ubezpieczeniowym, z tym, że to producent płaci składkę i decyduje o sumie ubezpieczenia (zwykle nie są wysokie w stosunku do szkody i krzywdy, która może powstać).

OC korzystniejsze dla wszystkich

Oczywiście ubezpieczenie OC jest korzystniejsze. To podobna sytuacja jak z wypadkiem samochodowym. Ubezpieczenie OC ma zawsze relatywnie wysoką sumę gwarancyjną, która daje możliwość pokrycia całej szkody i wynagrodzenie krzywdy (np. bólu, cierpienia psychicznego związanego z utratą możliwości pracy na jakiś czas lub na stałe). Nie rozumiem cały czas, dlaczego producenci nie korzystają z tej formy zabezpieczenia siebie samych. W chwili, gdy zdarza się wypadek na planie, który ma poważne konsekwencje zdrowotne, producent nie musi martwić się, skąd weźmie środki na pokrycie kilkudziesięciu lub kilkusettysięcznego odszkodowania (a i z takim należy się liczyć). W przypadku braku ubezpieczenia to producent jest odpowiedzialny za zapłacenie poszkodowanemu odpowiednich kwot. A nie każdy producent to holding operujący gigantycznym kapitałem, a film, nad którym pracuje filmowiec to nie kolejny Titanic. Często przy małych produkcjach, producenci to niewielkie spółki.

„nigdy nie mów nigdy”

I nie można twierdzić, jak niektórzy, że jeśli producent to Spółka z o.o. to odpowiedzialność spoczywa tylko na spółce, a gdy okazuje się, że w spółce nie ma wystarczających środków na pokrycie szkody to już nie ma problemu. Otóż nie. Problem pozostaje i zostaje z nim zarząd spółki (np. prezes), który generalnie odpowiada całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki, jeśli okaże się, że spółka jest niewypłacalna.

Na bezrybiu i rak ryba – czyli NNW to minimum

NNW nigdy nie będzie tak korzystne dla kogokolwiek, jak OC, jednak warto mieć cokolwiek. Ubezpieczenie NNW zwykle zawiera tabelę – magiczną tabelę wypadków, a przede wszystkim skutków wypadków, za jakie zapłaci ubezpieczyciel. Zwykle niestety nie są one liczne, ale za najpoważniejsze poszkodowany otrzyma odszkodowanie czy nawet zadośćuczynienie. Przy czym przy ubezpieczeniu NNW, zawsze ważne jest określić sumę gwarancyjną, do jakiej odpowiada ubezpieczyciel. Jeśli jest to kwota np. 20 000 zł, wówczas, nawet gdy nasza szkoda (poważne złamanie nogi) będzie maksymalnym uszczerbkiem w tabeli, nie otrzymamy więcej jak procent, który jest tam zapisany. Czyli jeśli z tabeli wynika, że ubezpieczyciel za załamanie nogi zapłaci od 7% – 12% i wskazuje, ile będzie płacił za 1% (przykładowo 400 zł), łatwo policzyć, jak wysokie poszkodowany otrzyma kwoty. Średnio licząc ok. 4000 zł. Na co wystarczy ta suma? Każdy niech sam odpowie.

Reasumując. Ubezpieczenie nie jest nam do niczego potrzebne, dopóki coś się nie stanie. To oczywiście truizm, jednak w umowach producenckich z filmowcami, umowa to tabu, które należałoby zacząć eliminować, dla dobra wszystkich.

Negocjujmy istnienie OC. A jeśli to niemożliwe, upierajmy się przy NNW, przy czym wówczas bardzo dokładnie sprawdzajmy jakie są warunki w tabelach, za co ubezpieczyciel zapłaci i policzmy, ile. Samo bajkowe sformułowanie, że mamy NNW może być bardzo mylące.

„umiesz liczyć, licz na siebie”

A jeśli już naprawdę nie ma innej możliwości, zawsze możesz mieć swoje własne ubezpieczenie NNW. Nie będzie rewelacyjne, ponieważ po pierwsze filmowiec zapłaci za nie sam, a po drugie będzie miało również ograniczoną sumę gwarancyjną i tabelę, wg której wypłacane będzie odszkodowanie, jednak przynajmniej da gwarancję, że cokolwiek poważnego się wydarzy, poszkodowany członek ekipy uzyska cokolwiek.

tworca_umowa

Twórca, producent i jeszcze raz umowa

Można o umowa wiele. Szczególnie prawnicy. Wydaje się, że umowa (kontrakt) to jeden z najstarszym elementów prawa. Zna je już przecież prawo rzymskie. A jednak my tu w kraju nad Wisłą, cały czas lubimy ryzyko braku umowy albo co gorsza, podpisujemy nie czytając. Tak! To jest jeszcze możliwe. To prawda, często umowy są tak napisane, że nikt ich nie rozumie i czytając 18 punkt paragrafu 2, pisany czcionką dziewiątką, czytający zaczyna mieć poczucie otaczającej go bezduszności świata

A jednak umowa to podstawa. W jakiej formie.

Pamiętajmy o prostej zasadzie – czasem brak umowy pisemnej jest lepszym rozwiązaniem niż umowa źle napisana. Obowiązują bowiem przepisy ogólne, które regulują jakąś sytuację prawną (np. najem lokalu, przyniesienie majątkowych praw autorskich).

Czy w przypadku branży filmowej brak umowy to zaleta? No nie, choć to zależy kto pyta i kiedy. Jeśli chodzi o przenoszenie praw autorskich, brak umowy czasami może być naszym punktem przetargowym w rozmowach z producentem, który ma problem z płatnością. Nie polecam jednak mimo wszystko tego rozwiązania. Umowa to umowa i łatwiej ją egzekwować.

Mam świadomość jednak jak trudno jest zmienić mentalność niektórych środowisk, które owszem, chcą zawierać umowy, ale nie chcą ich negocjować.

Umowa w formie pisemnej to umowa podpisana przez obie strony. To ważne, albowiem często jedna strona podpisze, wysyła (przekazuje), a następnie długo nie otrzymuje wersji podpisanej przez drugą stronę. Taka umowa nie jest umową w formie pisemnej. Będzie podstawą do ewentualnego ustalania, na co strony się tak czy inaczej umówiły.

Nazewnictwo

Umowy producentów z aktorami, operatorami, scenarzystami są umowami hybrydowymi. Wbrew pozorom wcale nie są proste. Są w nich zwykle elementy trzech umów – umowy zlecenia (w zakresie sposobu funkcjonowania na planie), umowy o dzieło (w zakresie zamówienia określonego dzieła-scenariusza, wykonania pracy jako reżyser, czy w końcu stworzenia obrazu jako twórca obrazu/operator) oraz umowy o przeniesienie praw autorskich (dotyczy elementów twórczych współpracy, czyli całej umowy np. praw do scenariusza, praw do stworzonego obrazu).

Nie można w umowie za każdym razem zmieniać nazw stron. Należy przyjąć jeden raz użytą nomenklaturę, bez względu na to, czy zgodnie z przepisami o zleceniu – jest Zleceniodawca i Zleceniobiorca, zgodnie z przepisami o dziele jest Wykonawca oraz Zamawiający, a w umowie o przeniesienie praw autorskich jest Autor i Nabywca. Przyjmujemy jednolicie dla całej umowy – np. Wykonawca i Zamawiający. I bez względu na to, czego dotyczy dany fragment, do końca należy trzymać się już tego nazewnictwa.

Majątkowe prawa autorskie i osobiste prawa autorskie

Pokutuje cały czas dość prosty podział, że jedne się przenosi drugich przenieść nie można.

Owszem nie można przenieść praw osobistych. Są niezbywalne. Jednakże można – i to znajduje się często w umowach – upoważnić producenta/koproducenta do wykonywania praw osobistych lub do powstrzymania się od wykonywania praw osobistych. To niezwykle istotna część umowy, która może pozbawić twórcę szeregu możliwości.

Osobiste prawo do pseudonimu

Czym są osobiste prawa autorskie. Art. 16 prawa autorskiego wskazuje, że to nic innego jak swoista więź autora z utworem. Przykładowo są to: prawo do autorstwa utworu – czyli autor ma prawo żądać umieszczenia swojego nazwiska na utworze. Zwróćmy uwagę, że jeśli w umowie będzie upoważnienie do wykonywania praw osobistych dla producenta, może to spowodować, że producent nie oznaczy nazwiskiem twórcy utworu. Będzie miał do tego prawo. Innych prawem osobistych to prawo do oznaczenia utworu np. pseudonimem albo do udostępniania utworu w ogóle anonimowo. Także przy nieograniczonym upoważnieniu do wykonywania praw autorskich, producent będzie miał prawo do ujawnienia nazwiska autora, podczas gdy ten wcale tego nie chce. Innych prawem, jest tzw. prawo do integralności utworu. Oznacza ono ni mniej, ni więcej jak niemożność ingerowania przez kogokolwiek w formę i treść utworu (nie mówimy tu o dziełach inspirowanych czy opracowaniach). Chodzi o dokonywanie zmian np. w scenariuszu bez zgody twórcy.

Nie chodzi oczywiście o to, aby każda umowa była pozbawiona jakiegokolwiek upoważnienia, ale warto przeanalizować, czy twórca/wykonawca/autor chce w całości i bezwarunkowo upoważnić producenta do wykonywania praw osobistych.
Zapisy takie działają też w drugą stronę. Często producent, który chce zabezpieczyć swoje prawa (np. w reklamie, czy innych krótkich formach), od razu może i raczej powinien zaznaczać, że potrzebuje upoważnienie od twórcy do wydania utworu anonimowo. Wskazywanie twórców reklam, zaburzałoby cel reklamy.

Majątkowe prawa to zwykle sprzedaż

Przeniesienie majątkowych praw autorskich to temat rzeka i poświęcę temu inny materiał. W dużym skrócie i uproszczeniu można powiedzieć, że najważniejsza jest forma. Bezwzględnie pisemna. Nie należy także wskazywać, co często się zdarza, w umowach dosłownego brzmienia art. 50 Prawa autorskiego. Wówczas tak naprawdę nie przenosimy nic. Przepis ten to jedynie wskazówka, ogólne wytyczne czym jest przeniesienie praw autorskich. Oczywiście to jest uwaga także bardziej dla producentów niż twórców, ponieważ bez prawidłowego przeniesienia praw autorskich, twórcy przysługuje żądanie zapłaty stosownego wynagrodzenia.

Pamiętajmy konsultować umowy z adwokatem. Nawet te, które pochodzą od wielkich producentów, ale i te skierowane do fantastycznych, bardzo znanych twórców. Zawsze umowa rozwiewa wątpliwości i porządkuje współpracę.